sobota, 12 października 2013

Yes, I do! czyli Final Match

Wpadłyście na pomysł, żeby zostać Au Pair.

Wypełniłyście tysiące formularzy, zebrałyście referencje, poskanowałyście swoje dokumenty. Ba! Nawet nagrałyście filmik! Dla mnie to była chyba najgorsza część, ten filmik. Potem poprawki w aplikacji. Piękny list do Host Family, ostatnie podciąganie aplikacji, żeby było widać, że na prawdę kochacie dzieci i uwielbiacie się nimi opiekować. Czekanie, aż Biuro zaakceptuje efekt Waszych trudów.

Aż wreszcie Wasza aplikacja jest dostępna dla potencjalnych rodzin. W Cultural Care co tydzień zostajecie sparowani z jedną rodziną, w Au Pair In America nawet kilka rodzin może się do Was odezwać w tym samym czasie.

I rozmowy, Skypeowanie, mailowanie, dogadywanie się. Żmudne godziny nadziei, stroszenia piórek, pokazywania się z jak najlepszej strony. Z tym zawsze mam problem. Nie jestem dobrym sprzedawcą. Pewnie, że myślę o samej sobie dobrze, natomiast wiem, że ludzie są różni, jedni mogą mnie polubić, a inni nie. A ja po prostu jestem.

Każda z Was, byłych, obecnych i przyszłych Au Pairek czekała na to magiczne, sakramentalne pytanie. Jeśli wydawało Wam się, że to jest właśnie Ta Jedyna, drżałyście z niepokoju i niecierpliwości. Omdlewałyście, wyczekując dnia i godziny. I w tym momencie pytanie 'Will you be our Au Pair?' staje się ważniejsze niż to wyświechtanie 'Will you marry me?'.

A wtedy drżącymi ustami odpowiadacie 'Yes! Yes! Yes! I do!'

U mnie było śmiesznie, bo Host Mama zaczęła mówić, że jeśli potrzebuję jeszcze czasu na zastanowienie i w ogóle... Że oni bardzo mnie polubili. I że chcą, żebym była ich Au Pair. Ale jeśli potrzebuję się zastanowić...

Nie potrzebuję. Już zdecydowałam. Chcę być Waszą Au Pair.

To nic, że mój American Dream legł w gruzach i pogrzebała go rzeczywistość. Nie będę mieszkać w Nowym Jorku, tylko blisko Bostonu.

W ogóle, kiedy się dowiedziałam, że można mieć kłopoty ze znalezieniem Host Family, byłam zdziwiona.

Od pierwszego października moja aplikacja była dostępna dla rodzin, dzisiaj jest dwunasty. Pomijam fakt, że powiedziałam to wielkie i ważące na mojej przyszłości 'TAK' pierwszej rodzinie, która pojawiła się w moim profilu. Że miałam problem z zobaczeniem eseju i zdjęć. Że najpierw w ogóle umówiliśmy się na Skype, zanim czegokolwiek się o nich dowiedziałam. Że mieliśmy się spotkać jeszcze wczoraj, ale mój internet nie działał, złośliwość rzeczy martwych. Szybka rozmowa telefoniczna z Host Tatą pozwoliła mi przełożyć spotkanie na dzisiejsze popołudnie. Serce mi zadrżało z niepokoju kiedy na wyświetlaczu swojego śmiesznego telefonu zobaczyłam amerykański numer. Ale przetrwałam krótką konwersację!

I dzisiaj, u przyjaciela w domu, korzystając z jego komputera.

Od nadmiaru emocji boli mnie głowa.

Na początku grudnia lecę do Bostonu! Jaj!