piątek, 24 stycznia 2014

Święta o których Polacy nie mają pojęcia: MLK Day

Nazwa: Martin Luther King, Jr. Day
Dzień Martina Luthera Kinga
Kiedy: trzeci poniedziałek stycznia

Byłam zdziwiona, kiedy podczas ostatniej niedzielnej przechadzki po przedmieściach Atlanty na drzwiach kilku sklepów zauważyłam tabliczki 'Closed on MLK Day'. Oczywiście jak przystało na nie-stąd-bylca, nie miałam pojęcia o co chodzi.




Powyższe zdjecia nie są moje, tylko wygooglane. Ja oczywiście nie wyciągnęłam aparatu, żeby uwiecznić tę zacną informację, bo... nie wydała mi się ona istotna. Czymkolwiek jest MLK Day, zapewne okaże się nie mieć większego znaczenia dla mojej skromnej egzystencji. I nie miało, natomiast zdobyłam kolejny kawałek wiedzy.

Martin Luther King, Jr. urodził się 15stego stycznia 1929 roku. Uwierzycie, że niedługo minie sto lat?! I był czarny. Wow. Wydawać by się mogło, że to nic takiego. Ale wtedy Ameryka, USA, nie były takie sielankowe (teraz zresztą też nie są - mają swoje wady i zalety, jak każdy kraj) a Amercan Dream tyczył się tylko białych. Czarni byli marginalizowani, prześladowani i traktowani jak ludzie trzeciej albo i nawet dziesiątej kategorii. Mniej więcej to samo, co Hitler zrobił troszkę później z jednostkami nie-aryjskiego pochodzenia i żydami. Segregacja rasowa. I właśnie był taki Luther, który powiedział 'dość!'. Ale nie wyciągnął broni, nie użył przemocy. Jedynie bierny opór. Chciałabym napisać 'czyli to, co zdarza mi się czasem praktykować z mamą', ale wiem że czyta tego bloga (uściski mamo!).

To własnie MLK powiedział 'I have a drem...', czyli 'mam marzenie...'. Jego marzenie było takie, jak wszystkich kandydatek na miss świata: że będzie pokój, nie będzie głodu, wojen, ludzie nie będą się zabijać a wszyscy będą równi. Z tą różnicą, że on próbował coś zmienić. Podszedł do problemu bardziej praktycznie. Był też przeciwny wojnie w Wietnamie. I to on powiedział 'Jeśli nie możesz biec, idź. Jeśli nie możesz iść, czołgaj się, ale cokolwiek robisz, brnij do przodu'. I trochę w tym odnajduję prawdy dla siebie. Oby do przodu, oby przed siebie.

King został zastrzelony. Ale co do jego śmierci istnieje ciągle wiele nieścisłości a ludzie dopatrują się teorii spiskowych (wydaje mi się, że USA jest krajem, w którym są one bardzo popularne, te teorie. Chociaż nasz Tupolew też ma swoją. Ach. Może to po prostu cecha charakterystyczna takich wielkich nieszczęść?).

Natomiast w Stanach po pierwsze jest już lepiej, jeśli idzie o problem segregacji rasowej. Chociaż niektórzy biali ciągle nie lubią czarnych i są uprzedzeni, i pewnie odwrotnie też. A każdy trzeci poniedziałek stycznia jest celebrowany jako MLK Day. Dzisiaj, z tego co mi wiadomo, we wszystkich stanach (nie od samego początku, niektóre stany były przeciwne jego obchodzeniu). W niektórych stanach święto ma inną nazwę lub jest dzielone ze świętem kogoś innego. W Utah to po prostu Dzień Praw Człowieka. W Virginii - Lee-Jackson-King Day. Dla New Hampshire jest to Dzień Praw Obywatelskich Martina Luthera Kinga. W Georgia podąża za większością, więc Atlanta świętuje MLK Day.

Albo świętowała, bo ten magiczny poniedziałek minął kilka dni temu. To dzień równości i wolności. Niekiedy też pomocy - Amerykanie wychodzą do biednych i potrzebujących. To dzień wolny od pracy, chociaż jak słyszałam, nie wszyscy to uznają.

Ja spędziłam święto z moją Host Family. W miłej atmosferze zajadając się mrożonym jogurtem. O.


środa, 15 stycznia 2014

Dlaczego poszłam w rematch?

A nie zakładałam, że w ogóle do tego dojdzie.

Jak mnie poinformowano - bo jestem fatalnym kierowcą i nie można mi zaufać.

Z czego wyciągnięto takie wnioski? Zabierając mnie na pierwszą jazdę na autostradę w środku nocy.

Anyway.

W niedzielę o 16 moja host rodzinka wróciła z noworocznego rejsu. W poniedziałek o 8 rano usiedli ze mną i poinformowali, że mnie nie chcą. O 10 rano miała przyjść moja counselor. Cały czas żyłam w przeświadczeniu, że będziemy wreszcie podpisywać umowę. Counselor miała przyjść przed świętami, ale hostka powiedziała mi, że coś pilnego jej wypadło i musiała przesunąć spotkanie. Przy czym, jak sie dowiedziałam, Rhonda zajmuje się tylko au pair, nie pracuje nigdzie indziej, więc zakładam, że było to jedno z wielu kłamstw.

Kłamstwo numer dwa widzę w stwierdzeniu 'nie wiedzieliśmy, że będziemy mieć au pair'. To dla wytłumaczenia, dlaczego nie zabierają ani nawet nie oferują mi zabrania mnie na rejs noworoczny. Nie, żeby mi zależało na płynięciu z nimi. Jedyne, na czym mi zależało, to na szczerości. Chcieliśmy jechać sami. Okej, nie ma problemu. Przynajmniej dla mnie. A że będą mieli au pair wiedzieli od co najmniej początku października. NVM.

Prócz tego, że jestem kiepskim kierowcą, usłyszałam też, że się nie angażują. Ale jak mam się angażować, kiedy nie czuję się jak członek rodziny?

Ostatniego dnia słyszałam, jak hostka do kogoś wrzeszczy przez telefon 'gdybym wiedziała, że takie są zasady, kazałabym jej w tym tygodniu pracować więcej'. A potem oznajmiła mi, że zmienił się plan na dzisiaj i mam z nią jechać odebrać Sandro. Hym. Tylko po to, żeby zrobić mi albo nie wiem komu na złość, bo siedziałam z nią w aucie przez dwie godziny i nic nie robiłam tak na prawdę. I jeszcze jej 'musisz pracować co najmniej 45h tygodniowo'. Nie, nie, nie. Mogę pracować co najwyżej 45h tygodniowo. I to, jak będąc ze mną w kuchni zrzuciła klucze na podłogę, popatrzyła się na mnie i po prostu sobie poszła. No tysiące takich drobnych rzeczy. Rzeczy, na które ze swoim uporem odpowiadałam 'nie'. No bo nie. To nie mieści się w moich obowiązkach. Nie chcę. Nie czuję, że mam ochotę to zrobić. Dlaczego mam dawać od siebie więcej, jeśli Ty dajesz tylko minimum?

Więc wylądowałam w rematchu.

Od wtorku rano upłynęła tylko chwilka, kiedy dostałam od pierwszego maila. Zaraz później zadzwonił telefon. Z lekkim niepokojem odebrałam. O 15stej telefon zadzwonił po raz drugi. Wieczorem skypeowałam z jedną mamą. Potem z drugą. Dnia następnego obie z nich zapytały się mnie, czy chciałabym być ich au pair. Tak. Byłam zaskoczona. Moja counselor była zaskoczona.

W sobotę uciekłam z czegoś na kształt mojego małego, prywatnego piekła. Nowa host rodzina opłaciła nawet samochód, który odebrał mnie ze starego 'domu'. Kierowca okazał się sympatyczną istotą o polsko-litewskich korzeniach. Miał na imię... Antek. Na szczęście stara rodzina zrezygnowała z programu. Żadnej au pair nie życzę takiego doświadczenia.

A jak mi jest u nowej?

Właśnie minął trzeci dzień. Pełny trzeci dzień. Tego skrawka soboty nie liczę. Czuję się... tak serdecznie witana, że jest mi jak w domu.

Host wyjechał po mnie na lotnisko z najstarszą pociechą. Już w aucie dostałam nowego iPhone'a, od tak, po prostu (w pierwszej rodzinie czekałam dwa tygodnie, bo nie mogłam wsadzić sim karty do mojego smartphone - byłby to koszt aż dodatkowych $30 dla moich hostów). Weszłam do domu - czekało na mnie przygotowane przez hostkę przytulne łóżko (mój poprzedni pokój nie był wcale taki przytulny - dzieliłam go z suszarką do ubrań i dziewczyną, która trzy razy w tygodniu przychodziła sprzątać, dla niej było to miejsce do prasowania). Host odgrzał mi pyszny obiad (poprzedni oznajmili tylko: my już zjedliśmy).

Dnia drugiego zabrano mnie na zakupy - mogłam powrzucać do wózka dosłownie wszystko, na co miałam ochotę (poprzednia hostka stwierdziła, że to, o co ją proszę do jedzenia, nie istnieje; a jednak istnieje). Potem wybraliśmy się do zoo! I miałam z dzieciakami świetną zabawę (poprzedni pokazali mi Prudential podczas swoich własnych zakupów, gdzie ja oficjalnie byłam bez grosza). Po południu dostałam do wyboru gdzie chcę mieszkać: pokój w domu, przecudny, czy jeszcze cudniejszy apartament (poprzedni po prostu pokazali mi pokój, mimo, że inne w domu były wolne, chociaż to już jest ich dobra wola). Hostka pochwaliła mój angielski (gdzie poprzednią słyszałam, jak mówi do młodszego 'Agni w ogóle nie zna angielskiego').

Tak, ktoś się mnie pytał o różnice. Jakie widzę. Bardzo wiele.

Tu się czuję jak w domu. Swobodna, szczęśliwa. Chcę dać jak najwięcej z siebie samej, bo mam wrażenie, że dostaję ogrom wszystkiego. Chociażby prostej serdeczności. W niedzielę wieczorem zaparzyłam sobie w kuchni, w domu herbatę. I tak stałam z kubkiem w drzwiach, a nowa host mama spojrzała na mnie i powiedziała 'wyglądasz jak zadomowiona'. Bez namysłu, z uśmiechem, odparłam do niej 'czuję się zadomowiona'.


niedziela, 5 stycznia 2014

Pierwszy kamień milowy

Chociaż trudno w to uwierzyć, dwa dni temu minął miesiąc, jak rankiem tata pomógł mi wpakować walizki do bagażnika, potem wpakowaliśmy siebie i jeszcze mamę do samochodu i ruszyliśmy. Droga rodziców skończyła się w Warszawie. Dla mnie to był dopiero początek.

Po długim locie i jakimś czasie dotarłam tu, gdzie jestem. I w ogóle nie czuję, że to już miesiąc. W sensie, tak dosyć szybko mi uciekły te dni. I nie wiem, czy wiem o Stanach coś więcej, niż wiedziałam przed przyjazdem.

Może zrozumiałam, dlaczego w Starbucksie pytają się o imię przy składaniu zamówienia. W naszej świętej ojczyźnie ta niecna praktyka budzi święte oburzenie i sprzeciw co niektórych jednostek. Tutaj, kiedy dziesięć osób zamawia małą, regularną kawę... I uwierzcie, że wszystkie te dziesięć osób czeka grzecznie na tę swoją kawę w dokładnie tym samym czasie. No cóż. A że standardy tworzone są dla całej sieci...


Dowiedziałam się, że Amerykanie nie są też tacy przeraźliwie grubi, jak głoszą nasze piękne stereotypy. Spora ich część jest wręcz koścista, wyglądają charakterystycznie, może nawet trochę brytyjsko. I myślą, że jestem z Niemiec. To ogólnie bardzo mili ludzie, którym broń Boże na 'how are you?' nie powinno się opowiadać historii swojego życia, a jedyni 'thank you, I'm good.'

Czy czuję się tu jak w domu?
Zdecydowanie nie. Ciągle mi jeszcze trochę obco. I chyba nie przywiązuję wagi, i nie przywiązuję się do tego miejsca. Wiem, że wyjadę. Że pojadę gdzieś dalej. To tylko tak tymczasowo. A jeśli coś nie jest na zawsze, permanentnie, to można to jakoś przetrwać.

Nie, nie zakochałam się w USA. Jeszcze.
Chociaż czasem wpadam w stan 'o mój Boże! o mój Boże! oni mają tu wszystko!'. Dosłownie. Dzisiaj znalazłam w MFA stempelki, indyjskie, do tkanin. A w Papyrusie (tak, znacie te ekstremalnie drogie, pięknie wyglądające notesy i kalendarze, które można kupić w Empiku) za $1.5 kupiłam takie cuda:


I nawet wolę nie wiedzieć, ile musiałabym zapłacić w Polsce.

Jest tu też dużo innych cudnych rzeczy, jak Rainbow Nerds Willy Wonki (kto oglądał Charlie i fabryka czekolady - łapka do góry!)


Chwilowo też zostałam sama w domu, bo Hości pojechali na noworoczny rejs. A kiedy nie ma w domu dzieci, tooooo... można o siebie zadbać.


Nie najbardziej reklamowe foto z ręki, ale co mi tam. Glinka, zielona. Z olejkiem argonowym. Woda jest tutaj tak paskudna, że nie mogę ogarnąć ani własnych włosów, ani skóry. Pociesza mnie fakt, że kiedy wrócę na chwilę do polski, moje włosy i skóra będą przeszczęśliwe.

Za oknem śnieg. Właściwie dla nich to kataklizm. W Polsce taka pogodę zwykliśmy nazywać po prostu śniegiem. Tutaj to burza śnieżna i genialny powód, żeby pozamykać wszystko. Dosłownie wszystko. Przez trzy dni byłam uziemiona przez śnieg.



Ale. Przychodzi też moment na refleksję, na zapisanie paru słów. Na kawę/kakao/czekoladę z marshmallows. Taki mały grzech.


I. Zaczęłam tęsknić, tak zwyczajnie, po ludzku, za kimś, o kim nie myślałam, że jest aż tak ważny. Ktoś kiedyś powiedział, że podróżujemy bo albo za czymś gonimy, albo od czegoś uciekamy. Dla mnie podróżowanie to chyba ucieczka przed możliwością wejścia w relację. Natomiast, dobrze jest mieć tę świadomość w ogóle.

I na nowy rok, pamiętajcie: idee zamieniają się w rzeczy. Czyli jeśli chcesz, to możesz.

czwartek, 2 stycznia 2014

Last Christmas...

Pierwsza wersja moich wymarzonych, amerykańskich świąt była niczym z hollywoodzkiego filmu: wielgachna, pachnąca choinka przytachana przez hosta, tysiące pięknych ozdób, lampki, kolędy, poranne dobieranie się z entuzjazmem do prezentów: wyścig na łeb, na szyję, kto pierwszy, kto grzeczniejszy, mleko i ciastka dla św. Mikołaja, może nawet bożonarodzeniowa msza w kościele. Tak było przed tym, zanim znalazłam swoją rodzinę. Po sparowaniu moje oczekiwania nieco się zmieniły. Wiedziałam już, że tu, gdzie jadę jest żydowsko-muzułmańsko. Więc może... Chanuka?... Tak sobie myślałam z cichutką, drżącą nadzieją. Może mi będzie dane pooglądać, podoświadczać czegoś nowego.

Na miejscu... już w dzień mojego przyjazdu do rodziny okazało się, że w niedzielę ubieramy choinkę. Cóż. Choinką nazwano lekko przykurzony, plastikowy krzak, któremu trzeba było porozginać gałązki. Pierwszy raz w życiu miałam do czynienia z plastikową choinką, nawet nie bardzo wiedziałam, jak do tego podejść. Czy to mnie aby na pewno nie pogryzie? Drzewko miało od razu wmontowane światełka, więc pracy jakby mniej.

Mimo trochę nierzeczywistego, karykaturalnego wydźwięku tej sytuacji, dla mnie, jednostki ze wsi polskiej, ubierającej choinkę na dzień przed Wigilią albo nawet wręcz w poranek wigilijny strojenie drzewka na prawie trzy tygodnie przed nie jest czymś oczywistym. Z chłopcami miałam natomiast świetną zabawę. Efekt naszych działań był nawet zadowalający. O:


Pod choinką oczywiście nie mogło zabraknąć pociągu! Chłopcy trochę się szarpali i bili o układanie torów, potem mieliśmy problem, aby umieścić na nich ciuchcię... Kiedy jednak wszystko było już na swoim miejscu, wystarczyło jedno pstryknięcie i pociąg ruszył robiąc przy okazji mnóstwo hałasu, posapując i pogwizdując co jakąś raczej krótszą, niż dłuższą chwilę. 



Zainspirowani zrobiliśmy też swój własny pociąg.


Tak całkiem przy okazji. Zagoniłam chłopców do robienia kartek świątecznych. A co! Niech mają za swoje, że się zgodzili mieć au pairkę, która jest uzależnioną od craftowania. Agni, Agni! Ale czy ty umiesz go zrobić 3D? To był największy problem. Że ja nie umiem? Ja wszystko umiem! Trochę tak po macoszemu, bez linijki, bez mierzenia, na oko, ale jest. I jesteśmy z niego dumni. Wszyscy. Bałaganu było co niemiara. Wszystko dookoła oblepione klejem. I tyyyyyle odkurzania! 

W moim oknie skromnie zawisł świąteczny łańcuch. Żadnych uroczych lampeczek w tym roku. Łańcuch taki, jaki w dzieciństwie zwykłam z rodzicami robić. Mój starszy też zrobił swój, tylko jego ozdobił choinkę. 


No i wbrew muzułmańskiemu nieobchodzeniu Bożego Narodzenia a także wbrew rytuałom związanym z obchodzeniem Chanuka, po pierwsze mieliśmy wspomnianą już choinkę, a po drugie pod choinką miały znaleźć się prezenty. Jakbym jakimś cudem, same z siebie, wcielały się w moim życiu zasady dyscordianizmu... Tylko co wybrać dla ludzi, których dopiero co się poznało? Kupienie czegoś dla chłopców nie było większym problemem. Jeden uwielbia Bruinsów, drugi Celticksów. Wybór padł na ręczniki. Żeby nie robić za dużej różnicy. I uwierzcie, młodszy był przeszczęśliwy - teraz wszyscy są na jakimś noworocznym rejsie, ja biedna, porzucona w domu, ale! Młodszy od razu zapytał: mamo! mogę go zabrać ze sobą na rejs? Czyli przynajmniej z jednym prezentem trafiłam.

Część świątecznych zakupów zrobiłam w Marshalls. Zostawiłam tam prawie $50. Taaaak. Kupiłam papier, w kropki, uważam, że jest ładny. Może nie idealnie świąteczny, z reniferami czy innymi typowymi wzorkami, ale prezenty wyglądały ładnie. Kupiłam plakietki prezentowe, z niedźwiedziami. Cudne! Puszkę z pocztówkami (to dla rodziny), toffi (dwa bloki, pół kilo toffi, pochłonęłam sama, było cudne). I wreszcie kamienne kostki do whisky i napojów. Takie cudo zamrażasz i wrzucasz do picia, i one tak ładnie chłodzą, ale nie rozwadniają. 









Dla host mamy kupiłam, na eBayu kostkę czarnego, afrykańskiego mydła. Nie wiem, czy prezent udany, ale takie mydełko samo w sobie jest świetne. Przynajmniej ja uwielbiam. Naturalne, dobrze oczyszcza skórę. Paskudnie pachnie i chyba jeszcze paskudniej wygląda, ale miałam cichą nadzieję, że jeśli moja rodzinka lubi rzeczy organiczne, to takie coś powinno się sprawdzić.

Tagi prezentowały się cudnie. I były w opakowaniu cztery różne, więc mogłam każdemu do paczuszki przypiąć inny. W sumie nie były konieczne, bo przecież mogłam napisać markerem albo długopisem imię, ale to taki mały, zimowy akcent przy moim nieświątecznym papierze. Jak się jednak okazało, hości mieli problem, żeby rozgryźć, gdzie jest imię napisane. Taki psikus, tag trzeba było otworzyć i zajrzeć do środka.





Same pakunki, jak na mój gust, wyglądały miło.




Wigilię spędziłam z chłopcami w Muzeum Nauki, w Bostonie. Przecudne miejsce, ale może to brzmieć trochę niedorzecznie. Gdzie szykowanie kolacji? Gdzie ostatnie lepienie pierogów? Gdzie pakowanie ostatnich prezentów? No gdzie, ja się pytam, gdzie?!

Wieczorem była kolacja. Ale nie taka wigilijna, jak zwykle. Jak w Polsce. Żadnej magicznej atmosfery. Częściowo odgrzewany obiad z dnia poprzedniego. Po kolacji czas na prezenty.

U mnie w domu zawsze wtedy jest rozgardiasz. Najmłodsi pakują się pod choinkę. Kolacja wigilijna zdarza się na dwadzieścia albo i więcej osób. Ot, taka na prawdę rodzinna. Za prezent czasem trzeba coś zrobić: powiedzieć wiersz, zaśpiewać. I nikt nie wie, od kogo który prezent jest. Można się tylko domyślać.

Tutaj... było tak ładnie, rzeczowo. Najpierw chłopcy po jednym prezencie, później moja kolej a potem hości. I tak po jednym, aż do wyczerpania 'zapasów'. Uściski dla tego, od kogo się prezent otrzymało. Tęskno, smutno i chłodno. Jakoś tak. Chociaż prezenty, które dostałam, są cudne. Bluzka od jednego z moich chłopców, zielony komin od drugiego (bo Agni lubi zielony!) i buty zimowe od hostów, drogie, markowe, nawet ładne i ciepłe. Ba, ale to nie wszystko. Pod tym pretendującym drzewkiem znalazło się jeszcze jedno zawiniątko. 'Dla Nowej Au Pair'. Od przyjaciółki rodziny. To była taka miła niespodzianka, ciepły, uroczy gest, którego nie oczekiwałam. W paczuszce znalazły się wełniane skarpetki. I możecie sobie pomyśleć, że skarpetki to taka banalna rzecz. Ale ja skarpetki biorę na poważnie. Mam ich taką nieznośną kolekcję, a wszystkie są piękne! Kiedyś się pochwalę! (:





Było ani po amerykańsku, ani po chrześcijańsku, ani po polskiemu, ani po nijakiemu. Tak jakoś... Chyba wewnętrznie trochę czuję, że ja to bym jednak chciała inaczej. Ale... tu jestem, żeby się uczyć, poobserwować, dowiedzieć czegoś. Niekoniecznie muszę coś lubić, zgadzać się z czymś. Mogę przyjąć do wiadomości. Przejść przez coś. I nie jest to jakąś udręką. Świąteczny tydzień był jak najbardziej miły. Był boleśnie inny od tego, do czego przywykłam, ale był miły. To najważniejsze.

I nie zapomniałam o rodzinie i przyjaciołach. Pudełko z kartkami, które w tym momencie powinny być gdzieś w drodze. Mam nadzieję, że dotrą.












I przede wszystkim: najlepsza na poprawę humoru jest czekolada! I byłam święcie przekonana, że czekoladę kupuję. Czekoladę z toffi. Nie toffi z czekoladą., kiedy się skusiłam na cudnie zapakowane coś w zielonym pudełku. To coś okazało się jednak dwoma tabliczkami toffi oblanymi czekoladą i obsypanymi migdałami. Schrupałam, praktycznie łamiąc sobie zęby. Obie. W trzy dni. Pół kilo toffi. Uwierzycie? Obawiam się, że na drogę powrotną będzie mi trzeba zarezerwować dwa miejsca...





Reasumując: obawiam się, że moje doświadczenie odbiega trochę od tego, jak się obchodzi święta w Stanach. Moim cichym marzeniem jest tego kiedyś doświadczyć. Może nie marzeniem, marzenie to duże słowo. Po prostu chciałabym zobaczyć, jak to jest. Tak, jak na filmach. Ale wiem, że to, co się stereotypowo uznaje za polskie święta, niekoniecznie jest rzeczywistością dla każdego domu.

Różnimy się. Wszyscy się różnimy. Każdy, wszystko, w jakiś sposób odbiega od 'prototypu'.

A jak minęły Wasze święta?