niedziela, 5 stycznia 2014

Pierwszy kamień milowy

Chociaż trudno w to uwierzyć, dwa dni temu minął miesiąc, jak rankiem tata pomógł mi wpakować walizki do bagażnika, potem wpakowaliśmy siebie i jeszcze mamę do samochodu i ruszyliśmy. Droga rodziców skończyła się w Warszawie. Dla mnie to był dopiero początek.

Po długim locie i jakimś czasie dotarłam tu, gdzie jestem. I w ogóle nie czuję, że to już miesiąc. W sensie, tak dosyć szybko mi uciekły te dni. I nie wiem, czy wiem o Stanach coś więcej, niż wiedziałam przed przyjazdem.

Może zrozumiałam, dlaczego w Starbucksie pytają się o imię przy składaniu zamówienia. W naszej świętej ojczyźnie ta niecna praktyka budzi święte oburzenie i sprzeciw co niektórych jednostek. Tutaj, kiedy dziesięć osób zamawia małą, regularną kawę... I uwierzcie, że wszystkie te dziesięć osób czeka grzecznie na tę swoją kawę w dokładnie tym samym czasie. No cóż. A że standardy tworzone są dla całej sieci...


Dowiedziałam się, że Amerykanie nie są też tacy przeraźliwie grubi, jak głoszą nasze piękne stereotypy. Spora ich część jest wręcz koścista, wyglądają charakterystycznie, może nawet trochę brytyjsko. I myślą, że jestem z Niemiec. To ogólnie bardzo mili ludzie, którym broń Boże na 'how are you?' nie powinno się opowiadać historii swojego życia, a jedyni 'thank you, I'm good.'

Czy czuję się tu jak w domu?
Zdecydowanie nie. Ciągle mi jeszcze trochę obco. I chyba nie przywiązuję wagi, i nie przywiązuję się do tego miejsca. Wiem, że wyjadę. Że pojadę gdzieś dalej. To tylko tak tymczasowo. A jeśli coś nie jest na zawsze, permanentnie, to można to jakoś przetrwać.

Nie, nie zakochałam się w USA. Jeszcze.
Chociaż czasem wpadam w stan 'o mój Boże! o mój Boże! oni mają tu wszystko!'. Dosłownie. Dzisiaj znalazłam w MFA stempelki, indyjskie, do tkanin. A w Papyrusie (tak, znacie te ekstremalnie drogie, pięknie wyglądające notesy i kalendarze, które można kupić w Empiku) za $1.5 kupiłam takie cuda:


I nawet wolę nie wiedzieć, ile musiałabym zapłacić w Polsce.

Jest tu też dużo innych cudnych rzeczy, jak Rainbow Nerds Willy Wonki (kto oglądał Charlie i fabryka czekolady - łapka do góry!)


Chwilowo też zostałam sama w domu, bo Hości pojechali na noworoczny rejs. A kiedy nie ma w domu dzieci, tooooo... można o siebie zadbać.


Nie najbardziej reklamowe foto z ręki, ale co mi tam. Glinka, zielona. Z olejkiem argonowym. Woda jest tutaj tak paskudna, że nie mogę ogarnąć ani własnych włosów, ani skóry. Pociesza mnie fakt, że kiedy wrócę na chwilę do polski, moje włosy i skóra będą przeszczęśliwe.

Za oknem śnieg. Właściwie dla nich to kataklizm. W Polsce taka pogodę zwykliśmy nazywać po prostu śniegiem. Tutaj to burza śnieżna i genialny powód, żeby pozamykać wszystko. Dosłownie wszystko. Przez trzy dni byłam uziemiona przez śnieg.



Ale. Przychodzi też moment na refleksję, na zapisanie paru słów. Na kawę/kakao/czekoladę z marshmallows. Taki mały grzech.


I. Zaczęłam tęsknić, tak zwyczajnie, po ludzku, za kimś, o kim nie myślałam, że jest aż tak ważny. Ktoś kiedyś powiedział, że podróżujemy bo albo za czymś gonimy, albo od czegoś uciekamy. Dla mnie podróżowanie to chyba ucieczka przed możliwością wejścia w relację. Natomiast, dobrze jest mieć tę świadomość w ogóle.

I na nowy rok, pamiętajcie: idee zamieniają się w rzeczy. Czyli jeśli chcesz, to możesz.