piątek, 11 marca 2016

Autostop 2. Portugalia: Nie Zawsze Jest Różowo/Hitchhike 2nd., Portugal: It Is Not always Pink and Roses


Dzień 4., 9.12.2015, środa
Day 4th, 9.12.2015, Wednesday 
Start: Porto de Mós, Portugalia
Start: Porto de Mós, Portugal
Koniec: Arcos de Valdevez, Portugalia
Finish: Arcos de Valdevez, Portugal
Dystans: 300 km
Distance: 300 km

Czasem się zastanawiam, czy tego dnia mielibyśmy więcej szczęścia gdybyśmy zrobili cokolwiek inaczej. Może gdybyśmy wstali wcześniej i wyruszyli zaraz z rana? Może gdybyśmy wybrali inną drogę/poprosili ludzi, którzy nas podrzucili do Coimbry o wyrzucenie w zupełnie innym miejscu? Może gdybym się trochę w Bradze nie zgubiła? Może gdybyśmy nie musieli być dnia następnego w centrum?... Sporo niepotrzebnego gdybania, jakkolwiek nasz powrót był niemal tak samo frustrujący jak epicki.
Sometimes I wonder whether that day we were more lucky if something was done differently. Maybe if we got up earlier and set off in the morning? Maybe if we chose other road/asked people who dropped us off in Coimbra to be driven to another, easier place? Maybe if I did not get lost in Braga? Maybe if it was not necessary to be in the association the following day?... Nobody needs to overthink what might have had happen, however ower return was as frustrating as epic.

Zaczęliśmy dosyć późno. Ciężko było opuścić miejsce z tak fantastyczna energia i ludzi, którzy na zawsze już pozostaną w moim serduchu. No i nie mogliśmy wyjechać bez pożegnania, a ekipa miała coś do załatwienia z rana. Po śniadaniu, które było w porze obiadu zarzuciliśmy jednak plecaki i ruszyliśmy. 
We started late again. It was hard to leave the place with so terrific energy and people whom I keep in my heart forever. The other thing we could not leave without goodbye and they had some duties in the morning. After breakfast, which was in the time normal people usually have lunch, the backpacks were already on and the road ahead.

Pierwszy odcinek:
Kawałek po kawałku. Z samego Porto de Mós ciężko się było wydostać. Potem wpadliśmy w sidła pana z tak pesymistycznym podejście do świata, że aż się lepiło do człowieka. Emile zapomniał telefonu od niego z samochodu (hah, miałam wtedy w głowie jak Daga myślała, że zgubiła swój telefon w aucie dziewczyn, które wysadziły nas w Milano), na szczęście udało się go odzyskać. Zaraz potem siedzieliśmy w... bagażniku! Dwóch mężczyzn, którzy ewidentnie mieli trochę przygód z narkotykami, i to cięższego kalibru niż trawa czy LSD. Nie, nie patrzcie tak. Wiem, wiem, wiem. Wszystko się mogło stać, ale jesteśmy oboje cali i zdrowi, a czasem warto zaufać drugiej osobie. To, że ktoś popełnia błędy nie zawsze oznacza, że jest złym człowiekiem. Dzięki nim znaleźliśmy się jakieś 30 km od Coimbry, gdzie docelowo zabrali nas tata z synem mający jakiś swój biznes, wizytówkę mam do dzisiaj gdzieś zachomikowaną. 

First part:
Step by step. It was difficult to find a lift from Porto de Mós. Once we did, the guy who gave us a ride next was so pessimistic that it would get stuck all over you. Emile forgot his phone from this car (well... sounds almost like Daga forgetting hers from a car of girls who dropped us off in Milan), fortunately we got it back. The next we got into... a trunk! The two guys who took us in looked like had adventures with drugs harder than weed or LSD. Don't give me the look. I know. Anything could had happen, but we are both safe and sound, and sometimes it is worth to trust a person. If a person makes mistakes, it does not always mean he or she is a bad human. Thanks to them we got 30 kilometers away from Coimbra, where finally took us dad with a son having their own business (I still have their card hidden somewhere).

Drugi odcinek:
W Coimbrze zaczęło robić się ciemno, i mimo wytrwałych prób, nikt nawet na nas uwagi nie zwracał. Najmniejszej. Emile stracił ducha przygody chyba po godzinie albo półtorej. Może gdybyśmy nie musieli się znaleźć dnia następnego na pozycjach bojowych byłabym bardziej uparta co do autostopowania, ale w końcu wylądowaliśmy w autobusie do Bragi. 
Second part:
In Coimbra it got dark, and despite our tries, nobody payed attention to us. Not even the slightest sign of attention. Emile lost his adventure spirit after an hour or so. Maybe it would be easier if we did not have to be in the association in the morning, maybe I would be more stubborn to keep trying, but least we hopped on a bus to Braga.

To nie jest tak, że się poddaliśmy. Mimo ze sama myśl o 'oszukiwaniu' nie bardzo mi się podobała, z perspektywy czasu doceniam zdrowy rozsądek Emila, który doprowadził do podjęcia takiej a nie innej decyzji. Czasem trzeba zrobić krok do tyłu, żeby móc postawić dwa następne do przodu. A gdyby nie on, pewnie do dzisiaj tkwilibyśmy gdzieś tam, bezskutecznie licząc na czyjąś pomoc.
It is not like we had given up. Even though the thought about 'cheating' was not to my liking, I can appreciate rational thinking of Emile from the perspective of time. He was the one who convinced me to making that not another decision. If not him, we would be stuck somewhere in Coimbra until today, hopelessly waiting for mercy.

Trzeci odcinek:
W Bradze byliśmy już wcześniej, na tygodniowym treningu, więc miasto nie wydawało nam się takie obce. No przynajmniej mnie. Myślałam, że doskonale się odnajdę, ale nie przewidziałam tego, że po ciemku wszystkie koty są czarne. Droga z dworca do punktu, gdzie jak sądziłam powinniśmy szybko kogoś znaleźć (jakkolwiek było już dosyć późno...) zajęła nie 15 minut a prawie godzinę, przy czym zaliczyliśmy też spacer na kawałku zamkniętej dla ruchu autostrady, na której chyba nas nie powinno być... Z autostrady musieliśmy wspinać przez siatkę. Na szczęście nasza wymarzona miejscówka była dokładnie po drugiej stronie skrzyżowania. Jak tylko zrzuciliśmy plecaki... podjechał radiowóz!
Third part:
We had visited Braga before, during one week long training, so the city was not so unfamiliar to us. At least to me. I was sure it will be easy to me to find the right way through, but I forgot that night makes things look different. The walk to a place where we could find another ride easily (however it was quite late already...) took not 15 minutes but almost an hour. One of the points on our sightseeing tour took visiting closed for traffic part of a highway, where we were not supposed to even be, I guess... From there we had to climb over a fence. Fortunately, our perfect spot was right across the street from us. As soon as we took off our backpacks... a police car stopped by us!

Z uśmiechem wyjaśniłam Panom Policjantom, że przegapiliśmy ostatni bus do Arcos a musimy dzisiaj w nocy wrócić do domu. Nie wiem co myśleli, że tam robimy, ale przeprosili nas, że nie mogą pomóc, życzyli powodzenia i odjechali zostawiwszy nas na pastwę łutu szczęścia, który czasem bywa dość przewrotny, choć tym razem postanowił się do nas uśmiechnąć. Jakiś chłopak zabrał nas do samochodu kilka minut później i miał podrzucić tylko 5 kilometrów dalej, ale nie mógł znaleźć stacji benzynowej po drodze. Na odcinku pomiędzy Bragą a Ponte da Barka chyba nie ma żadnej, przynajmniej na trasie, którą jechaliśmy, więc chcąc nie chcąc, dowiózł nas do samej Ponte da Barka, 40 kilometrów prawie.
With a bright smile I explained to the policemen we missed last bus to Arcos, and we must get back home tonight. I have no clue what was their suspicions toward purpose of our standing in that place, but their apologized they cannot help, wished us luck and drove away leaving us to our fatum. Fatum can be tricky sometimes, but this time it decided to smile to us. A boy took us in a moment later, and he wanted to take us just 5 kilometers further, but he could not find a gas station on the way. There is no gas stations on the road between Braga and Ponte da Barka, as the best of my knowledge, not on the way we chose, so whether he wanted or not, he drove us to Ponte da Barka, almost 40 kilometers.

Czwarty odcinek:
Jak byśmy się w czepku urodzili. Do Arcos zostało jakieś 5-6 kilometrów, co oznaczało, że gdybyśmy nic nie złapali, a było już sporo po północy, prócz naszych oddechów i zwyczajnych nocnych hałasów nic nie zakłócało ciszy, dystans był absolutnie do przejścia. Nie czekając dłużej, ruszyliśmy z buta. I wiecie... Jeśli jesteście w Portugalii i widzicie znak z nazwą miasta a obok nazwy jest czerwona kropka w okręgu oznacza to, że droga prowadzi do centrum. My nie wiedzieliśmy. Tak. I minęliśmy trzy albo cztery takie znaki z 'Arcos' i kropką w okręgu. Nadrabiając dodatkowych 6-7 kilometrów. Około trzeciej w nocy wreszcie dotarliśmy do domu.
Fourth part:
One of us must been born with silver spoon in his/her mouth, if not both. There was not more than 5-6 kilometers to Arcos, what meant if there were no ride, we could walk. So we did. The distance was walk-able. There was no alive soul around, just our heavy breathing and usual night noises stretching in the silence. And... just so you know because we did not, if there is a big red dot in a circle on a sign with the name of a town, it means that is the right way to a city center. We made 6 or 7 kilometers avoiding to follow those kind of signs. That made us get home around three in the morning.



W trakcie tej naszej małej pielgrzymki musieliśmy przejść przez góry, bo Arcos leży w dolince. Wyobraźcie sobie środek nocy, zachmurzone niebo, mgła i tylko nasze ciężkie oddechy w ciemności. Nawet nie wiedzieliśmy, czy idziemy w dobrym kierunku... Śmiech i wilcze wycie uniosły się echem z naszych gardeł i roztrzaskały ciszę. Rozmowa, już nie pamiętam o czym, pozostawiła w duszy wrażenie zasianego ziarna, bo rozmowy po północy zwykle należą do tych o sensie istnienia. Jeden z takich mistycznych momentów, które wydają się jakby były częścią filmu  albo nawet książki. Takich, które dobrze jest zachować w pamięci na dłużej.
We had to pass across the mountains during this little pilgrimage, Arcos is placed in a valley. Imagine the middle of a night, cloudy sky without stars or moon shining above, mist and just our heavy panting in the darkness. We even did not know it is the right direction... Laughter and wolves-like howling echoing from our throats shattered the silence into more pieces than you could count. The conversation left in my soul an impression of a seed planted, because the conversations which happen after midnight tend to have something about the sense of existence in. It was one of those simply mystical moments, which make you feel like you are a part of a movie or maybe a book. One of those, which is good to keep in memory for longer while.

Nie wiem, czy kiedy wreszcie zobaczyłam miejskie światła w dole to miałam bardziej nadzieję czy pewność, że to nasze małe gniazdo... Dobrze, że jednak się nie zgubiliśmy i cos nad nami czuwało. 
I am not sure whether I just hoped or I was sure it is Arcos when I saw city lights down the mountain. It is a blessing we did not get lost, there was something taking a good care of us.