piątek, 15 maja 2015

Refleksja: Na trzy tygodnie przed końcem

Dziwnie tak jakoś. Osiemnaście miesięcy praktycznie minęło. Jeszcze to ostatnie jedenaście 'pracujących' dni i 4tego czerwca już będę w domu. Teraz, w tym momencie mam takie wrażenie, jakby czas szybko zleciał, ot pstryknięcie palcami, ale wierzcie mi, że były chwile, kiedy wydawało mi się, że nie przetrwam. Że właściwie to po co ja przedłużyłam, jak już w grudniu mogłam być w domu (myśli przełomu października-listopada); że już miesiąc na przedłużeniu minął (styczeń); że w sumie to dostałam certyfikat nauczyciela angielskiego i mogłabym już wracać, ale bilety są takie drogie... (luty); że to jeszcze tylko 100 dni do końca, ale przecież jak brałam udział w tym wyzwaniu ze 100 szczęśliwymi dniami, to jednak to był kawałek czasu (marzec). Kwiecień jakoś tak szybko zleciał, szybko i wolno. Dużo się działo, ale przed każdym nowym tygodniem sobie myślałam, że to całe siedem długich dni do przejścia, ale potem w połowie to już była środa tak szybciutko i niedziela pojawiała się nie wiadomo skąd.
It feels so weird. Eighteen months almost passed. And there is that last eleven 'working' days and on 4th of June I will be home.Right now I fill like time flew by so quickly, just a blink of an eye, but trust me, there were moments I doubted I will get to the end. there were doubts, why I even extended the stay, if I could be home in December (thoughts of November-October); the first month on extending already passed, hurrah! (January); I got my Teaching English to Speakers of Other Languages certification, so I have no further reason to stay , but tickets are so expensive (February); last 100 days, but 100 Happy Days Challenge seemed to take forever (March). April just disappeared. Actually, it disappeared and lasted forever at the same time. Before every week I felt like there is so many days to go through, but suddenly there was Wednesday and weekend was popping out of nowhere. 

No i teraz już... Prawie koniec. Zleci. A tyle trzeba zrobić. Wysłać paczkę z ubraniami, zamknąć konto, pamiętać, żeby zabrać wszystko, pożegnać się z ludźmi, których tu zostawiam z kawałkiem mojego serca. Śmiesznie, ale w ciągu ostatnich kilku tygodni poznałam parę wyjątkowych osób, tak tylko się szwendając z aparatem po okolicy.  I jechać na lotnisko. Witaj przygodo!
And right now it's almost the end. It will go fast. And there is still so many things to do! Send a parcel with clothes to Poland, quit the bank account, say goodbye to all those amazing people I met in last few weeks just by walking with my camera around. And go to the airport. Hello the adventure!

I wiecie, co jest najdziwniejsze? Że to nie odczuwam, jakby to było półtora roku z dala od bliskich, ale może jakiś tydzień, dwa wakacji. A już na pewno nie, jakbym miała do przefrunięcia ocean, z jednego kontynentu na drugi, tylko co najwyżej trasę porównywalną do tej pomiędzy Krakowem a Warszawą. Jakby to nie było nic wyjątkowego i nieosiągalnego, tylko coś absolutnie zwyczajnego i dostępnego dla każdego.
Do you know what is the most strange of all? That I do not feel like it were year and a half far away from my family, but a week or two of vacation. It absolutely do not feel like I have an ocean to cross, but just the distance from Krakow to Warsaw. Like it is nothing unique and hard to acheive, but something usual and possible to do by every single one of you.

Taka wycieczka. Kolejne doświadczenie. Na pewno nie błąd, ale wyzwanie. Demitologizowanie tej Ziemi Obiecanej, za którą Stany są uważane. Pozbawianie samej siebie złudzeń. I Was troszkę też. Przynajmniej taką mam nadzieję. Chciałabym, żebyście śledząc tego bloga poznali dobre i złe strony miejsc, w których byłam, jakkolwiek moja opinia jest zawsze subiektywna. Bo nigdzie nie jest idealnie, ale są miejsca, które odpowiadają komuś bardziej, niż inne.
Just a trip, another experience. For sure not a mistake but a challenge. Exposing the truth about this Promised Land. Destroying my illusions. And your illusions a little bit, too. At least I hope so. I wish following this blog you learn about good and bad things about places I go, however it is always my purely subjective mind. Because nowhere is perfect, but there are places better for one people than other places.

A w ogóle to nie mogę się doczekać, żeby napisać Wam dokładnie to, co o Stanach myślę. I o byciu Au Pair, i o niektórych niedorzecznych perypetiach. Jeszcze kilka tygodni cichego i pokornego trzymania języka za zębami.
By the way, I can not wait to write what I really think about the U.S.A., and about being an au pair, and about some purely ridiculous thing happening around. Just a few weeks more of keeping m mouth shut .

Buziaki.
Kisses.