piątek, 13 grudnia 2013

Where is my Honeymoon?...

Akulturacja to proces, który zachodzi na styku dwóch kultur. To ogół zjawisk powstały w wyniku bezpośredniego lub pośredniego ich kontaktu. To powstawanie nowej jakości, nowych wzorców, niekiedy ich unifikacja czyli ujednolicenie lub całkowita dominacja którejś z grup. Brzmi to tak poważnie... Jakby w ogóle nie dotyczyło jednostek. Ale to własnie każdy indywidualny, pojedyńczy przykadek, każdy człowiek, który musi sobie poradzić z rzeczywistością odmienna od tak dobrze mu znanej jest podmiotem i przedmiotem oddziaływania akulturacji. Na swój sposób śmiesznie bezbronny i nieporadny, jak pięciolatek, który zrobił właśnie coś bardzo, bardzo niewłaściwego i nie ma najmniejszego pojęcia co.

Całemu temu zamieszaniu toważyszy coś, co mądrzy ludzie nazwali szokiem kulturowym. To taka reakcja na zmianę otoczenia fizycznego, społecznego i zmianę funkcjonowania psychicznego w obcym kulturowo środowisku. W nowym otoczeniu wiele nas dziwi, zaskakuje, wydaje sie niedorzecznym. Ciało funkcjonuje trochę inaczej, zmieniają się wartośći odżywcze naszego pokarmu (w Turcji zaczęły mi się kosmicznie łamać paznokcie i wypadać włosy!), rytm dobowy, zasady funkcjonowania społecznego. Niejednokrotnie dochodzi do zachwiania w sieci wsparcia społecznego.

A jeszcze mądrzejsi ludzie wymyślili sobie, że cały ten magiczny proces akulturacji można podzielić na trzy fazy: miesiąca miodowego, szoku kulturowego i stabilizacji.

No ja się pytam, gdzie? Gdzie do diaska jest mój miesiąc miodowy?!
Podobno miałam mieć. Podobno miałam być tak zachwycona Stanami, Wielką Ameryką. Tą onieśmielającą potengą. Że przecież ja tutaj jestem, wreszcie, że się mój American Dream spełnia.

Zamiast tego...

Depresja. Głęboka, pobrzmiewająca smutnie w kątach mojego pustawego, nowego pokoju. Dołek. Lekko przerażający. Taki, że naciągnąć kołdrę na głowę. Taki, że trzeba się mocno przekonywać, że jednak wypada z łóżka wstać, że się do czaegoś zobowiązałam. Taki, że łzy same kapią sobie po policzkach. Bezdźwięcznie, bezgłośnie, bezradnie niemo. Spływają bez choćby najlżejszego szlochu.

Ale, co dziwne, następny dzień był łatwiejszy. Następny łatwiejszy od poprzedniego. I jeszcze następny jeszcze łatwiejszy.

I tak dotarłam do dzisiaj, gdzie w sumie kładę się do łóżka całkiem usatysfakcjonowana. Moze jeszcze nie absolutnie szczęśliwa i pewna własnego szczęścia, ale już nie czuję się źle. Nie powiem, że czuję się bardzo dobrze i że to wszystko jest łatwe. Minął tydzień i zaczynam się przyzywczajać.

Może jestem przypadkiem, który potwierdza model 'J', gdzie samopoczucie jest najgorsze na początku a później zaczyna się poprawiać. A może to tylko świadomość, że znalazłam Starbucksa w swojej małej mieścince a angielski nie jest taki przerażający.