środa, 4 grudnia 2013

Czas zacząć

Droga do Warszawy. Niemrawe siedzenie z rodzicami na lotnisku. Taka trochę stypa, bo co niby powiedzieć? Znikam na cały długi rok. Taka powsinoga ze mnie. Potem ten niezręczny moment pożegnania. Cały czas miałam poczucie, że muszę się jakoś trzymać. Potem kontrola bagażu i ostatnie spojrzenia za siebie. 

Potem zaczyna się czekanie na samolot. I dla coniektórych szybkie zakupy w duty free (na pokład, za poleceniem jednej z pań tam pracujących, kupiłam niesamowitą książkę, nad którą przepłakałam połowę lotu). Pomiędzy przekroczeniem bramki kontroli a wejściem na pokład samolotu zdążyłam pomyśleć, że zgubiłam nauszniki - kiedy już spisałam je na straty, okazło się, że jakimś cudem wepchnęłąm je do torby. A potem miałam na tyle szczęścia, aby zostać wybraną do dodatkowej kontroli. W sumie jeszcze w tym momencie, przed zamknięciem drzwi samolotu, chyba da się stchórzyć i uciec.

Ja czułam... nic. Może jak bym się właśnie wybierała na dwutygodniowe wakacje. Samolot zaczął kołować czy jakkolwiek to się nazywa, żeby ustawić się pod wiatr. Silniki zabuczały w ten specyficzny sposób, fizyka zadziałała wbijając nieco w fotel. No i właśnie w tym momencie poczułam mrowienie. Witaj przygodo. 

Jakkolwiek, na lotnisko JFK dotarliśmy bez większych problemów. Dopiero na lotnisku udało mi się zgubić aparat, który jakiś miły pan w końcu znalazł, pan z obsługi (wcześniej usilnie próbowało mi pomóc trzech innych panów). Potem już bez mniejszych problemów znalazłyśmy kogoś od Au Pair in America, kto wsadził nas w odpowiedni samochód i tak dotarłyśmy do przeuroczego Double Tree Hotel. 

Jest tyle rzeczy do opowiedzenia! Tyle rzeczy się dzieje! A ja taka padnięta! A Jody niesamowita!

Piszę te słowa z cichą nadzieją, że jutro będę miała więcej siły, żeby cokolwiek opowiedzieć. 

Bless ya (;