czwartek, 5 grudnia 2013

Kilka szalonych dni

W tym momencie wydaje mi się, jakbym z Polski wyjechała bardzo, bardzo, bardzo dawno temu. A tak na prawdę wszystko zdarzył się przedwczoraj plus 6 dodatkowych godzin.

Wczesnym rankiem wpakowałam się z rodzicami do samochodu, jak gdyby nigdy nic. Kolana mi nie drżały, nie byłam zdenerwowana, nie było mi smutno nawet. Ot, jadę. A jeszcze widoki za oknem były wręcz przecudne - wschodzące słońce. Na prawdę nie pamiętam, kiedy tak wcześnie wstałam ostatnio i kiedy tak źle mi się spało.


Samolot wystartował. Oderwał się od ziemi. Za każdym razem dziwię się dosyć mocno, jakim cudem taka metalowa puszka może podołać temu wyzwaniu. Przecież to tylko trochę blachy, które wznosi się do góry. O mrowieniu pisałam wczoraj. Nie przypuszczałam natomiast, że przy okazji załapię się na tak piękny widok z okna (okna! Udało mi się siedzieć koło okna! Chociaż skrzydło czasem przeszkadzało.)


Lot do Stanów jest długaśny. Zecydowanie umiliła mi go książka, którą doczytałam praktycznie do końca. Nie będę też narzekać na lot. Serdecznie mnie rozczuliły te ich pudełeczka, w których serwują jedzenie. Latałam dużo, biorąc pod uwagę sam ostatni rok, różnymi liniami. Żadna z nich nie wpadła na tak ładny pomysł.


Podczas lądowania usilnie próbowałam wypatrzeć Statuę Wolności, ale... chyba nie jest tak gigantyczna i przytłaczająca, jak się spodziewałam. NYC przywitało nas światłami. Widok na swój sposób piękny, ale... trochę żałowałam, że nie ma śniegu. Tak jakoś mi się marzy pooglądać Big Apple całe zaśnierzone. 


Sam hotel jest miejscem tak miło uroczym, chociaż zanim się do niego dostałyśmy udało mi się dokonać kolejnego odkrycia: tureccy kierowcy nie są najbardziej szalonymi na świecie. W niecałą godzinę po tym, jak postawiłam swoje cudne stopy na amerykańskiej ziemi zobaczyłam, jak auto przed autem w którym siedziałam nagle skręca w prawo i... wjeżdża na trawnik tylko po to, żeby się dostać do równoległej ulicy. Jak powiedziała Jody, możliwość prowadzenia samochodu jest prawem nabywanym przez każdego Amerykanina już w momencie urodzenia. 

Jody jest w ogóle niesamowicie charyzmatyczną kobietą, o której będę chciała napisać osobną notkę. O niej i o samym orientation. Jeśli moje gadulstwo pozwoli. Na razie jest więcej rzeczy, które chciałabym powiedzieć, niż wolnego czasu do mojej dyspozycji.

Wczoraj zwiedzaliśmy NYC. Tak na szybko, bardzo w biegu, po ciemku i bez śniegu. Brzmi prawie jak tragedia. I sama na początku tak myślałam, dopuki się nie okaząło, że mój aparat nawet sobie radzi w takich paskudnych warunkach oświetnelniwych. W ogóle Hości mi zrobili bardzo miłą niespodziankę sponsorując wycieczkę. Pyszczek mi się tak bardzo cieszył jak bardzo się nie spodziewałam. Czyli bardzo, bardzo, bardzo. 

Pierwszy w kolejce był widok ze szczytu, z samej góry 70tego piętra Rockefeller Center.







I przy okazji udało nam się zobaczyć złoty pierścień (powinnam to wielkimi literami zacząć?), a z jakiegoś koncertu obok nas przegoniono. W ogóle pod względem dostępu do kultury NYC wydaje się być przecudownym miastem. Dag, nasz przewodnik, powiedział, że w wakacje w Central Parku znudzone gwiazdy kina wystawiają Szekspira!




Next stop Vegas, please! chciałabym zaśpiewać, ale po drodze trafiło się jeszcze Times Square.



No i oczywiście nie może zabraknąć słodkich twarzy Au Pairs! (:


 A po drodze z Times Square do umówionego punktu spotkania napatoczył się jeszcze M&M's store. Obowiązkowy, trzypiętrowy raj.




A dla uwieńczenia całości, wreszcie widok mojej upragnionej Statuy Wolności. Co prawda z daleka, ale jednak.


Potem w hotelu, po prysznicu i już w łóżku można się było cieszyć upolowanymi cudami.


Dzisiaj z kolei właśnie minął długi dzień siedzenia i słuchania. Najwyższy czas złapać trochę snu. Jutro pierwsze spotkanie z Host Family i chłopcami!

Dobranoc do tych, którzy nie śpią! (: