poniedziałek, 1 grudnia 2014

Rok

To dużo czy mało?

Ciężko powiedzieć, prawda?

Przed zawsze się wydaje, że to jakoś tak potwornie długo, tyle miesięcy i dni. I w ogóle. Ale z drugiej strony, kiedy już leci albo zleciało, nawet nie wiesz, kiedy te wszystkie dni uciekły. No jakim cudem, no? Mnie tak uciekło pięć lat studiów, że w sensie teraz nie dowierzam, że to aż pięć lat było i się skończyło.

Jutro zacznę kolejny rok w Stanach. Będzie to dokładnie 366. dzień. Wow. Super, nie?

Pamiętam jak rok temu, rok i kilka tygodni dokładnie, siedziałam u przyjaciela w domu i powiedziałam to sakramentalne 'TAK', które przypieczętowało kawałek mojej przyszłości, mój byt na najbliższe dwanaście długich miesięcy. Nie żebym kochała Stany i jakoś bardzo chciała tu przyjechać. O nieeee. Raczej dlatego, że byłam (ba! nic się nie zmieniło w tej kwestii, ciągle jestem) potwornie uparta, i że ja nie mogę? No to udowodniłam, że mogę.

Spakowanie walizek było trudne. Tak, wzięłam zdecydowanie za dużo rzeczy. Czy wpakowałabym je wszystkie jeszcze raz? Prawdopodobnie tak, kobiety się z tego nie wyleczy. Może zostawiłabym jedynie kilka par butów, których i tak tu nie zakładam zbyt często. Cóż, będę mądrzejsza na następną wycieczkę. Może.

Droga do Warszawy na lotnisko była dziwna. Pogoda piękna, słoneczna. Poranek wręcz cudny, chociaż chłodny. W końcu grudzień, nie zapominajmy. Nie pamiętam czy byłam podekscytowana czy może przestraszona. Przygoda, niebotyczna ilość godzin w samolocie (samolotowe łazienki ciągle wydają mi się miejscem niezbyt sprzyjającym), coś na kształt szkolenia w Nowym Jorku i ta niepewna podróż do Bostonu. Pierwsze spotkanie z Host Family twarzą w twarz (spóźnili się na dworzec i sama nie wiem, ile tam biedna czekałam). Poznawanie nowego miejsca, ludzi, wszystkiego.

Kiedy jedziesz kompletnie sam do kompletnie nowego miejsca jest trudno. Zostawiasz wszystko za sobą. Rodzinę, przyjaciół, rutynę. I pewnie, że o tym nie myślisz w podróży. Refleksja przychodzi (albo i nie) po jakimś czasie. To tak, jakbyś był/a drzewem, które ktoś nagle wykopał z ziemi i przesadził gdzieś indziej. Zapuszczenie korzeni trwa.

Aż jednego dnia się budzisz o godzinie, którą jeszcze kilka(naście?) miesięcy temu uznawałeś/aś za pogańską. Bo kto normalny wstaje o 6:50 rano? Teraz Twoje ciało po prostu się budzi. Zakładasz ubrania, myjesz zęby i opuszczasz swoją 'kryjówkę' by wpaść w harmider radosnego głosu wykrzykującego Twoje imię. Ogarniasz ten głos i jego uroczą właścicielkę i idziecie razem złapać autobus. Kierowca autobusu, miła, czarnoskóra kobieta wita Was wesołym 'cześć, jak się macie?'. Warto nadmienić, że odjechała z przystanku 30 sekund temu, ale że Was zobaczyła, zawróciła na zajezdni, żeby jeszcze Was zgarnąć. Co więcej, czeka cierpliwie aż zaparkujecie wózek, i zabierzecie wszystko, czego potrzebujecie. Potem nawet nie musisz ciągnąć za tą śmieszną linkę, za pomocą której się sygnalizuje, że chce się wysiąść. Bo kierowca wie, gdzie wysiadacie.

Ludzie zaczynają Cię rozpoznawać. Rozmawiać z Tobą, opowiadać o małych, mniej lub bardziej istotnych rzeczach. Przestajesz być anonimowy. W szkole dziecka, którym się opiekujesz, nawet inne dzieci zaczynają myśleć, że jesteś mamą tej słodkiej, małej istoty. Robi się trochę dziwnie. Nie każdy jeszcze rozumie, co oznacza opiekunka.

Idziesz do Starbucks żeby poczekać na swoją małą przyjaciółkę. Tam, stojąc w kolejce widzisz kolejny uśmiech na czyjejś twarzy. I iskierki w oczach. Ta osoba po prostu wie, że za chwilę zamówisz małą czarną kawę.

Wszystko staje się bardziej przewidywalne, znajome, rutynowe. Angielski przestaje być wyzwaniem, aż do tego momentu, kiedy potrafisz się płynnie komunikować przez telefon. Robi się spokojnie i nudno.

A dni uciekają. I nawet nie wiesz, kiedy mija rok. Ufff. I jest takie poczucie dumy, że 'przetrwałam, dałam radę'. Że stalam się kimś innym. Albo nie kimś innym, raczej bardziej pełną, silniejszą samą sobą. No zrobiłam to. Tak po prostu. Było ciężko, ale zrobiłam.

I wiecie co? Zostaję na jeszcze jakiś czas.