wtorek, 16 czerwca 2015

Vogel State Park, Georgia, U.S.A.

I jeszcze jeden z parków (tak, jestem w pełni świadoma, że zdania nie zaczynamy od 'i'). W pewnym momencie miałyśmy niekłamanego fizia na ich punkcie. Po troszku dlatego, że to tak na prawdę jedna z niewielu niekłamanych zalet Georgii, po drugie dlatego, że to już koniec prawie i trzeba zobaczyć jak najwięcej oszczędzając jednocześnie pieniądze, bo przecież do tej pory się tego aż tak skrupulatnie nie robiło, a po trzecie, no bo przecież natura, i zdjęcia, i w ogóle.
And here comes one more of the parks I saw (yeahhhh, I'm aware we don't start a sentence with 'and'). At some point we became kinda crazy about parks. Maybe it was because they were one of not so many things to explore in Georgia, second of all we could sens the end is coming and were trying to get as much out of this experience as we could choosing relatively cheap entertainment to save some money we didn't think of before, and last but not least, the nature, and photos, and so on.

Dzień nie był aż tak ciepły, jak byśmy sobie obie tego życzyły. Nie jestem do końca pewna, ale obstawiam, że zaczęło się kawą w Starbucksie, jak każda inna tego typu przygoda. Miały być marshmallowsy i ziemniaki z ogniska, ale... No cóż, nie o ten park nam chodziło, jak się okazało. I było też za zimno na cokolwiek. 
The day wasn't as warm as we wished. I'm not sure, but we probably started it with coffee at Starbucks as usually. We were supposed to have marshmallows and baked on fire potatoes, but... Well, apparently we went to a wrong park.

Ja zamarzałam i trochę się poddałam ze zdjęciami. Ania chciała czekać do wieczora żeby złapać zachód, który nie był aż tak efektowny. Chociaż, siedzenie nad jeziorem podczas zmierzchu i słuchanie Let's Play Birds Fismolla... To miało klimat. Grzanie się w toalecie i podkradanie wi-fi też. Wspomnienia. Takie malutkie perełki.
I was freezing and gave up on taking photos, and Ania wanted to stay here until late to capture the sunset which wasn't as stunning as she hoped. But sitting on the bench by the lake and listening to Let's Play Birds by Fismoll had its charm. Hiding in the bathroom to warm up a bit and stealing wi-fi, too. Memories. Those small precious things. 

Teraz już trochę zaczynam na to wszystko patrzeć. Bardziej jak na przeczytana książkę. Nie chcę, żebyście myśleli, że to tak po macoszemu traktuję, ale teraz nowe przygody już się czają za rogiem, a jeszcze przecież tyle zostało o Stanach do napisania... 
Now the time I spent in the US slowly appears to me in different light, like a book already read. I don't want you to think I don't give enough details in my posts, but there are new adventures awaiting behind the corner, and there's still so much to say about U.S.A...