środa, 5 listopada 2014

[01.11.14] Uncle Shuck's Corn Maze/Kukurydziany Labirynt Wujka Shucka

Święta, święta i po świętach. Trochę, ale nie do końca. Kiedy w Polsce jest Wszystkich Świętych i Zaduszki, tutaj, w Stanach, obchodzi się Halloween o którym opowiem coś więcej później, kiedy zrobię zdjęcia swojego Halloweenowego przebrania. 

Jednym z 'must do' w czasie okresu Halloweenowego jest odwiedzenie Corn Maze, czyli labiryntu wyciętego w kukurydzy. Jak się dowiedziałam, jest to tradycja raczej Southern (południowa) i charakterystyczna raczej dla terenów rolniczych. Cóż, raczej trudno sobie zasadzić kukurydzę w środku aglomeracji miejskiej, jakkolwiek interesująco (lub niedorzecznie) mogłoby to wyglądać. 

Kiedy ja miałam pole kukurydzy mojego pradziadka piętnaście minut od domu, Amerykanie potrafią się tłuc godzinę czy nawet dwie samochodem, aby wyrwać się z miejskiego zgiełku i zagubić pomiędzy smukłymi (i trochę już przejrzałymi, powiędniętymi) kukurydzami. Ba! potrafią zapłacić w przeliczeniu na polskie, dosyć duże pieniądze za przyjemność marznięcia i błądzenia. W ogóle to całkiem dobry biznes żeby za kontakt z naturą płacić, uczynić z niej rozrywkę (i pisze to troszkę z sarkazmem i tęsknotą do pól kukurydzy niedaleko mojego domu rodzinnego). No cóż, nie wnikam, doświadczam.

Ale o przygodzie. W sobotę obudziliśmy się dosyć późno, zmęczeni po trick-or-treating nocy poprzedniej. I jako że w grupie raźniej, A. zgodził się, żebyśmy zabrali Anię. A że chcieliśmy też doświadczyć haunted corn maze (nawiedzonego kukurydzianego labiryntu) plan był taki, żeby pojawić się tam gdzieś pod wieczór. Więc mielismy jeszcze dużo czasu na łażenie po Atlancie.

Dzień był jednak wyjątkowo niesprzyjający. 

GPS nie chciał nam znaleźć ulic do których się chcieliśmy w Atlancie dostać, pizgało (przepraszam za słowo, ale inaczej się tego nie da określić) gorzej niż w Kieleckim, ja zapomniałam baterii do Nikona, komórka mi się rozładowała szybciej, niż mogłabym przypuszczać (chyba przez to, że tak zimno było, iPhone nie podołał...) a Instax Mini stwierdził, że jemu też jest za zimno i nie będzie w pełni wywoływał zdjęć, że się schowa sam w sobie i że o mnie nie dba w ogóle. Chyba trochę pokonani przez pogodę wróciliśmy do mieszkania, żeby poczekać na resztę dziewczyn i jednego jeszcze znajomego, i rozgrzać się herbatą.

Ba! to nie koniec kłopotów! Dziewczyny musiały być w swoich domach niedorzecznie wcześnie, znajomy Ani miał pracę do dosyć późnej godziny a A. się uparł, że on chce jechać swoim samochodem. Że Corn Maze było dosyć daleko, bardziej daleko dla Ani niż dla nas, ta stwierdziła, że jedzie z dziewczynami.

A ja napalona od ponad miesiąca na Uncle Shuck's Corn Maze nie chciałam jechać nigdzie indziej. Więc wpakowaliśmy się wieczorem z A. do samochodu (ja i mój kubek z n-tą herbatą!). I ruszyliśmy! 

Widoki, jak zwykle z dala od Atlanty, były cudne!




Chociaż corn maze było mniejsze, niż oczekiwałam...





Mieli kunie! <3 Niestety dosyć daleko...



I pumpkin patch (pole z dyniami, taka tutaj tradycja).



Grzecznie wymarzliśmy się w kolejce...




Żeby wreszcie zacisnąć dłonie na bilecie. Full wypas: dwa labirynty kukurydziane, przejazd sianowozem, barn fire (ognisko na którym można sobie podgrzać marshmallows! yay!), nawiedzony labirynt i oczywiście słodycz, który uwielbiam, a którego praktycznie nigdzie nie można kupić - krowie ogonki.


A tu coś, co mnie zawsze chyba będzie w Amerykanach bawić i rozczulać - tak, bardzo trudno jest przetrwać bez automatów z napojami, dlatego ustawmy jeden w środku niczego, tuż przed polem kukurydzy...



I zaczynamy!







W końcu zrobiło się baaardzo ciemno. Chyba nigdy wcześniej nie robiłam zdjęć z tak dużym ISO...








A w ogóle to na każdym bilecie do Corn Maze były takie specjalne numerki od 1 do 12, w labiryncie trzeba było znaleźć miejsca odpowiadające numerkom i przedziurkować je dziurkaczem umieszczonym w miejscu. Wszystkie miejsca były zaznaczone na mapie, dołączonej do biletu. A poza tym, w drugim labiryncie była jeszcze zabawa podobna trochę do Cluedo - na farmie popełniono zbrodnię. Trzeba było znaleźć miejsce, narzędzie i zabójcę! W rożnych miejscach labiryntu były rozmieszczone wskazówki. Oczywiście obudził się we mnie Hercules Poirot,

A poniżej A. wrzuca wypełniony kupon z rozwiązaną zagadką i przedziurkowanymi wszystkimi check point (punktami kontrolnymi). Jak się przyznał, nie zrobił nic, tylko podążał za mną. Pfff...



Potem wybraliśmy się na przejażdżkę sianowozem, a po sianowozie ognisko z marshmallows! To coś, co zawsze chciałam zrobić, jak z amerykańskich filmów! I w ogóle nie ma nic lepszego, niż s'mores (niestety nie mieliśmy krakersów, na które jestem uczulona, ani czekolady...)



I wreszcie nawiedzony labirynt kukurydzy! Do Netherworld się nie umywa (napisze jeszcze o Netherworld). Lepsze było tylko to, że mieliśmy więcej prywatności, nikt nie lazł za nami ani przednami, bo rzeczywiście kolejne grupy były wpuszczane w dosyć sporych odstępach czasu. Oczywiście A. próbował wystraszyć jednego z aktorów mających za zadanie straszyć ludzi i biedna dziewczyna aż dostała czkawki ze śmiechu.




Dla zmarzniętych i wygłodzonych dusz było też miejsce z jedzeniem (:



I powrót do Atlanty późną nocą po przygodzie...