sobota, 1 lutego 2014

O tym, jak śnieg sparaliżował Atlantę

Śnieg zdaje śię mnie prześladować w USA. Jak by nie było, bardzo go lubię, ale w miejscach, gdzie się zwykle nie pojawia, może spowodować wiele problemów. Tak, Atlanta jest jednym z takich miejsc. Mój Host Tata stwierdził kiedyś, że jeśli nie lubisz aktualnej pogody a mieszkasz tutaj, wystarczy, że poczekasz kilka minut. 

Moje doświadczenie podpowiada mi, że jest w tym sporo prawdy. 

Poniedziałek był słoneczny. Chyba +15 stopni w Celsjuszach (Fahrenheita ciągle nie do końca ogarniam). Wtorek zaczął się mroźnie. I w sumie nie musiało to oznaczać nic strasznego, tylko że po południu zaczął padać śnieg. Śnieg. To bardzo wielkie słowo. Bo śnieg tu zwykle nie pada. Ostatni był dwa lata temu, jak słyszałam. 

I teraz, co dla biednej dziewczynki z polski mogłoby się wydawać niedorzeczne, cała Atlanta została sparaliżowana. Szkoły pozamykane (od wtorkowego popołudnia do piątku włącznie). Sklepy pozamykane. Kawiarnie pozamykane. Życie zanikło. I aż boli, kiedy sobie przypominałam, jak któregoś roku, będąc już na studiach, spoglądałam w swój grafik i patrzyłam, czy dzisiaj mam tylko wykłady, które ewentualnie mogłabym sobie odpuścić, bo na zewnątrz było śniegu po pas a oddech zamarzał... 

Już w Bostonie będąc dziwiłam się ogólną społeczną paniką na widok padającego śniegu... Ale tak właściwie to teraz chyba lepiej rozumiem.

Dla nas to białe coś padające z nieba jest całkiem normalne. Jesteśmy przyzwyczajeni. Właściwie to poddajemy się temu zjawisku z pewną rezygnacją (osobiście biały puch lubię, najbardziej kiedy oddzielają mnie od niego ściany, okna i dach, a i może jeszcze przytulny koc). Mamy nawet w szkołach odpowiednią edukację: gdzie się ślizgać, kiedy na lód nie można wchodzić, jak się ubrać, że żółtego śniegu lepiej nie jeść.

Tutaj... Chłopcy wybiegali z domu w koszulkach z krótkim rękawkiem, absolutnie zachwyceni. Znosili do kuchni garści śniegu, który mieszali ze Spritem a potem pili. Jeden z nich w ogóle nie uważał, że powinien założyć skarpetki. Ślizgali się z podjazdu prosto na ulicę. Wewnętrznie łapałam się za głowę i tylko próbowałam wyglądać zza drzwi, czy nie daj Boże jakiś samochód się zbliża. Podrzucałam kurtki i rękawiczki, wciskałam czapki na głowy. Kłóciłam się o założenie skarpetek. Nah, nah! Bo ja wiem, jak się ze śniegiem obchodzić!

We środę (albo czwartek?) poszliśmy z Hostem i chłopcami do Lullwater Park. Przepiękne miejsce. Zdjęcia poniżej.

Ludzie zdawali się nie posiadać absolutnie podstawowej wiedzy o ślizganiu z górki. Brakowało im też wyposażenia, natomiast nadrabiali wyobraźnią: kartony, pokrywki, blachy do pieczenia - czyli sprzęt kiedy nie masz sanek - poszły w ruch. Znalazłam też porzucone rękawiczki. I natknęłam się na widok osób siedzących sobie jakby nigdy nic, jakby to był najpiękniejszy wiosenny dzień, na trawie przykrytej śniegiem, rozmawiających i coś popijających. 

Chłopcy byli rozczarowani trochę, bo nie poślizgali się tak, jak oczekiwali. Za to mieliśmy małą wojnę na śnieżki. Dla mnie było cudnie.

Dzisiaj, w sobotę, ze śniegu zostały tylko marne namiastki szaroburych plam, resztki lodu gdzieniegdzie i ogromne kałuże.